Dzienniki Turnera - Andrew McDonald
Wystaw opinię o produkcie
Książka nowa wydanie z 2020r. , ilość stron: 330, wymiar: 21cm. x15cm., okładki miękkie,
ISBN:978-83-66227-42-2
Kod produktu: 573F-700AF
Opis
Rozdział 1
16 września 1991 r. A więc w końcu się zaczęło! Po tylu la-
tach gadaniny, na dobitkę czczej, przeprowadziliśmy wreszcie
pierwszą akcję. Jesteśmy w stanie wojny z Systemem i nie jest
to już tylko wojna słów. Nie mogę zasnąć, toteż spróbuję przelać
na papier kilka myśli, jakie przelatują mi przez głowę.
Niebezpiecznie tutaj rozmawiać. Ściany są bardzo cienkie,
a i sąsiedzi mogą się niepotrzebnie zainteresować, kto i w jakim
celu urządza obok nocne narady. Poza tym George i Katheri-
ne śpią. Czuwamy tylko ja i Henry, który gapi się teraz w sufit.
Ależ jestem spięty! Tak spięty, że nie mogę spokojnie usiedzieć.
Na dobitkę czuję się do cna wykończony. O 5.30 postawił mnie
na nogi George. Zatelefonował, ażeby ostrzec, że rozpoczęły
się aresztowania. Od tamtej pory latałem przez cały dzień, cały
w nerwach.
Jednocześnie rozpiera mnie radość, no bo wreszcie zaczę-
liśmy działać! Nikt naturalnie nie ma zielonego pojęcia, jak dłu-
go będziemy mogli walczyć z Systemem. Być może cała zabawa
potrwa tylko do jutra, nam jednak nie wolno się nad tym zasta-
nawiać. Już zaczęliśmy, musimy więc postępować według planu,
tak starannie przygotowywanego od dwóch lat, czyli od czasu
federalnej akcji „Broń”.
Był to dla nas cios bolesny! A jaką hańbą i wstydem nas
okrył! Pamiętam wszystkie te dęte przechwałki patriotów: „o nie,
komu jak komu, ale mnie rząd nigdy nie odbierze broni!”. A kie-
dy przyszło co do czego, bractwo podwinęło pod siebie ogony
i posłusznie oddało cały majdan.
Bogiem a prawdą, może i powinna krzepić nas na duchu tak
wielka liczba Amerykanów, którzy zachowali broń blisko osiem-
naście miesięcy po wejściu w życie ustawy Cohena. W Stanach
Zjednoczonych zniesiono wtedy prawo do prywatnego posia-
15
dania broni. Po tamtej pamiętnej akcji rząd nie uderzył w nas
mocniej tylko dlatego, że wielu rodaków, działając wbrew nowo
uchwalonemu prawu, ukryło swój oręż, zamiast przekazać go
władzom. Nigdy nie zapomnę tamtego przerażającego dnia,
9 listopada 1989 roku.
Załomotali do mnie o piątej nad ranem. Nie podejrzewając
niczego, wstałem z łóżka i poszedłem otworzyć.
Uchyliłem drzwi; w tej samej chwili bezceremonialnie wpa-
dło do środka czterech Murzynów. Jeden trzymał w ręku kij ba-
seballowy, a dwóch miało zatknięte za pasy długie noże kuchen-
ne. Czarnuch z kijem wepchnął mnie do kąta, przybrał groźną
postawę i stanął tuż obok. Pozostali zaczęli przetrząsać miesz-
kanie. W pierwszej chwili pomyślałem, że to bandyci. Takie zda-
rzenia stały się plagą po wejściu w życie ustawy Cohena: bandy
Czarnych zaczęły napadać na mieszkania i domy Białych, doko-
nując rabunków i gwałtów. Czarni wiedzieli, że jeśli nawet ich
ofiary mają broń, to i tak nie odważą się jej użyć w samoobronie.
Ten, który mnie pilnował, mignął jakąś legitymacją,
po czym powiadomił oficjalnym tonem, że on oraz jego ludzie
są „specjalnymi pełnomocnikami” Komitetu do spraw Stosun-
ków Międzyludzkich Stanu Północna Wirginia. Dodał, że szuka-
ją broni palnej.
Wydawało mi się, że śnię. Nie, to przecież niemożliwe! Po-
tem jednak zauważyłem opaski z zielonego materiału na lewych
ramionach moich nieproszonych gości. Wyrzucali na podłogę
zawartość szuflad, bebeszyli schowki i szafy, nie zwracając naj-
mniejszej uwagi na przedmioty, na które pospolici rabusie na-
tychmiast by się połakomili: nowiuteńką golarkę elektryczną,
kosztowny złoty zegarek kieszonkowy, butelkę po mleku wypeł-
nioną dziesięciocentówkami. Niech mnie diabli porwą, pomy-
ślałem, przecież oni istotnie szukają broni!
Wkrótce po uchwaleniu ustawy Cohena wszyscy członko-
wie naszej Organizacji ukryli broń wraz z amunicją w specjal-
nych pojemnikach, składając te ostatnie w niedostępnych miej-
16
scach. Członkowie mojej jednostki starannie naoliwili spluwy,
zamknęli je hermetycznie w bębnie po oleju, po czym spędzili
znojny weekend, pokrywając ów bęben blisko półmetrową war-
stwą ziemi w lesie w zachodniej Pensylwanii.
Ja jednak zatrzymałem sobie coś niecoś. Ukryłem swój re-
wolwer na naboje kalibru .357 Magnum oraz pięćdziesiąt sztuk
amunicji pod futryną drzwi łączących kuchnię z salonem.
Wyciągając dwa obluzowane gwoździe oraz deskę, mogłem
w razie potrzeby wydobyć broń równo w dwie minuty. Specjal-
nie to sprawdziłem. Uznałem, że policja nigdy u mnie niczego
nie znajdzie. A ci niedoświadczeni Czarni nie natkną się na mój
schowek, choćby szukali i milion lat.
Ci trzej, którzy prowadzili rewizję, przeszukali już najbar-
dziej oczywiste miejsca, po czym przystąpili do prucia matera-
ców i poduszek z sofy. Zacząłem gwałtownie protestować, nawet
przeleciało mi przez myśl, czy nie stawić oporu. Właśnie wtedy
na korytarzu nastąpiło jakieś poruszenie. Inna grupa operacyj-
na, prowadząca przeszukanie w lokalu obok, zajmowanym przez
młode małżeństwo, odnalazła pod łóżkiem strzelbę. Sąsiada
i jego żonę zakuli w kajdany, po czym zaczęli brutalnie sprowa-
dzać oboje na dół. Zatrzymani mieli na sobie tylko bieliznę, ko-
bieta zaś krzyczała, że w mieszkaniu pozostało małe dziecko.
Tymczasem do pokoju wszedł piąty mężczyzna. Był rasy
kaukaskiej, lecz miał nienaturalnie smagłą cerę. Zauważyłem
na jego ręku zieloną opaskę. W dłoni trzymał dyplomatkę i blo-
czek-notatnik. Czarni przywitali go uniżenie.
– Niczego nie znaleźliśmy, panie Tepper.
Tepper przesunął palcem wzdłuż listy nazwisk i numerów
mieszkań, które miał zapisane w notatniku, aż wreszcie zatrzy-
mał się na moich danych. Zmarszczył czoło.
– Ten tutaj to niezły ptaszek – warknął – notowany za prze-
stępstwa popełnione z pobudek rasistowskich. Dwukrotnie
wzywany przez Komitet. Miał osiem sztuk broni palnej i żadnej
nie oddał.
17
Następnie wydobył z dyplomatki niewielki czarny przed-
miot wielkości paczki papierosów, połączony cienkim przewo-
dem z jakimś urządzeniem znajdującym się w teczce. Zaczął wo-
dzić tym aparacikiem po ścianach, a wtedy dał się słyszeć głuchy,
basowy pomruk. Kiedy sonda znalazła się w pobliżu wyłącznika
światła, ton dźwięku natychmiast wzrósł, ale Tepper natych-
miast połapał się, że spowodowała to obecność metalowej
puszki połączeniowej i przewodów pod warstwą tynku. Konty-
nuował metodyczne poszukiwania. Kiedy przesunął pudełkiem
wzdłuż lewej framugi drzwi prowadzących do kuchni, brzęcze-
nie przeszło w ostry, wibrujący świst. Przejęty i ukontentowany
Tepper chrząknął, a wtedy jeden z Murzynów natychmiast wy-
szedł na zewnątrz, by po kilku sekundach powrócić z młotem
kowalskim i łomem. Wyłuskanie mojego rewolweru ze skrytki
zajęło im niecałe dwie minuty. Bez żadnych ceregieli zakuli mnie
w kajdanki i wyprowadzili na korytarz. W całym domu areszto-
wali cztery osoby. Mnie, parę, o której wspomniałem, i starszego
faceta z trzeciego piętra. Wprawdzie nie znaleźli u niego broni,
ale na półce szafki natknęli się na cztery ładunki śrutowe. Prze-
chowywanie amunicji również stanowiło przestępstwo.
Tepper wraz z kilkoma podległymi mu „pełnomocnikami”
musiał przeprowadzić kolejne przeszukania, lecz trzech potęż-
nych Czarnych, zbrojnych w kije baseballowe i noże, pilnowało
nas przed domem.
Całą naszą czwórkę (w różnym stopniu roznegliżowania)
zmuszono do siedzenia przez ponad godzinę na lodowatym
chodniku, aż wreszcie nadjechała policyjna suka.
Udający się do pracy lokatorzy domu przypatrywali się nam
z zaciekawieniem. Wszyscy dygotaliśmy z zimna, a młodą kobie-
tą wstrząsał niepohamowany szloch.
Jakiś mężczyzna przystanął i zapytał, co się stało. Jeden
ze strażników odburknął, że zostaliśmy zatrzymani za nielegal-
ne posiadanie broni. Gość zmierzył nas karcącym spojrzeniem
i pokręcił z dezaprobatą głową.
[fragment ze strony Wydawcy]
Opinie
Jeśli dodałeś/-aś recenzję, a nie pojawiłą się na liście, być może oczekuje na moderację.